Blog główny

wtorek, 25 grudnia 2018

Karp jest Polakiem!

Nie ma nic łatwiejszego niż wyśmiać tradycję. Żadna kara za to nie grozi, a co się pochodzi w glorii oświeconego pogromy mitów i przesądów - to czysty zysk. Oczywiście, że karp jest NAJWAŻNIEJSZĄ rybą na wigilijnym stole od raptem półwiecza - i że to obrzydliwi komuniści tak zdecydowali. 

Od razu też się hurtem zgodzę, że 25 grudnia został arbitralnie wybrany jako data narodzin Chrystusa bo akurat tego dnia wyznawcy różnych kultów pogańskich obchodzili ważne święta (co tylko dlatego nie jest przypadkiem, że raptem parę dni wcześniej mamy przesilenie zimowe i od tej pory - dnia przybywa: skądinąd  - dlaczego 25 grudnia, a nie 21, w samo sedno, by tak rzec, czyli właśnie w dzień przesilenia..? Czyżby starożytni poganie mieli problem z obserwacją długości cienia, jaki rzuca wbity w ziemię gnomon w samo południe - i dla pewności woleli odczekać jeszcze cztery dni..?). Tak się składa, że nigdzie w Piśmie Świętym żadnej daty narodzenia Chrystusa nie podano - ani dziennej, ani nawet rocznej i stąd, gdyby ktoś wciąż pytał: tak, to prawda  - mnich Dinizjusz obliczając początek ery chrześcijańskiej pomylił się i tak naprawdę Jezus urodził się nie w roku 1 n.e., tylko w 4, albo nawet w 6 roku p.n.e.

NO I CO Z TEGO..???

Nie to,  żeby porównywał narodzenie Chrystusa z wigilijnym karpiem. Ale - od rzemyczka, do koniczka. Świętujemy narodziny Zbawiciela 25 grudnia nie dlatego, że naprawdę tego dnia się narodził, czego nijak nie wiemy, tylko dlatego że kiedyś przecież trzeba ten fakt wspominać: data dobra jak każda inna.

Na wigilijny stół podajemy karpia, bo to potrawa postna. A "wigilia", to inaczej "dzień oczekiwania" - i jeszcze całkiem niedawno obchodzona była nie tylko przed dniem Bożego Narodzenia, ale przed każdym ważnym świętem, jako dzień ścisłego postu. Jest to niezmiernie stara tradycja, wielekroć starsza od chrześcijaństwa! Niektórzy antropolodzy twierdzą wręcz, że post przed świętem był wręcz koniecznością - no bo jak inaczej zgromadzić żywność na porządną, świąteczną wyżerkę, jeśli się tej żywności wcześniej nie zaoszczędzi, powstrzymując się od zjadania tego niewiele, które się ma..?

Podejrzewam, że większości z Państwa trudniej to sobie wyobrazić niż wszystkie błędy mnicha Dionizjusza, prawda? Jak to możliwe, żeby ludzie głodowali? Kiedy teraz wszędzie wszystkiego nadmiar i łatwiej umrzeć z obżarstwa niż z niedożywienia, co..? No ale tak było...

Wigilijną wieczerzę spożywano przed wyjściem na pasterkę - po całym dniu ścisłego postu, gdy można było co najwyżej wodę pić. Ponieważ pasterka trwała do rana, to żeby wierny lud nie zemdlał w świątyni, najpierw trzeba było się wzmocnić (skądinąd wielkanocna święconka miała dokładnie ten sam cel: do tej pory nasi bracia prawosławni zabierają ze sobą kosze z jedzeniem udając na się na wielkanocne nabożeństwo, które zaczyna się w Wielką Sobotę wieczorem i trwa aż do rezurekcyjnej procesji o świcie - i po tej procesji zjada się śniadanie, żeby nie pomdleć w drodze do domów - co najwyżej zabierając ze sobą jakieś resztki dla chorych...). Ponieważ w słabo zurbanizowanej Rzeczypospolitej większość wiernych miała średnio tak w granicach 10 km do najbliższego kościoła, taka wycieczka po nocy trochę trwała - więc i kolację należało zjeść odpowiednio wcześniej.

Pomysł, że potraw na wigilijnym stole musi być akurat tuzin jest niewiele starszy od dominacji karpia - to pomysł z gruntu mieszczański i jako taki, nie miał prawa zaistnieć przed końcem XIX wieku. Wcześniej na stole szlacheckim, a zwłaszcza magnackim potraw - jak najbardziej postnych - mogło być i kilkadziesiąt jedna po drugiej. A chłopi i tak zjadali tylko to, co mieli: kapustę z grzybami... No, na Litwie jeszcze pili mleko makowe. Dziwicie się, że bajędy ludowe układane po takim menu urzekły Mickiewicza..?

Reasumując: dobrze przyrządzony karp to jedna z najsmaczniejszych ryb na świecie:


Akurat na Kociewiu, skąd pochodzę, różnych ryb nigdy nie brakowało i, w gruncie rzeczy, z dominacją karpia na stole wigilijnym spotkałem się dopiero przesiedliwszy się na stałe do Kongresówki. Jasne, że wędzony węgorz jest JESZCZE LEPSZY. Ale ja tam bynajmniej na karpia nie narzekam! Nigdy mi mułem ani wodorostami nie śmierdział. Komu śmierdzi - ten gotować nie umie i taka jest prawda, nie macie co zaprzeczać.

Karp w galarecie udał się w tym roku Najlepszej z Żon wyśmienicie!


Sami widzicie, że mało już zostało - mimo że znowu żaden zabłąkany a głodny przechodzień nas nie odwiedził: a specjalnie w tym celu wywalczyłem kuchenne drzwi w domu, żeby łatwo było prosto z drogi do stołu zasiąść...

A co najważniejsze - karp jest przecież Polakiem! Mieszka w naszych rzekach i stawach już 800 lat. Dorobiliśmy się własnego gatunku: karpia królewskiego. Produkujemy prawie 10% światowej produkcji karpia.

Narzekać na karpia..?

Żałosne..!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz