Blog główny

niedziela, 27 lipca 2014

Ejakulat Smoka, Kwiatowa Słodycz i klęska urodzaju...

Płyn ten otrzymał swoje zaszczytne imię nim zdążyłem go po raz pierwszy spróbować (a zaraz spróbuję go po raz drugi - Lepsza Połowa sięga właśnie do zamrażarki i nalewa... Mmmm.... Dobre!).

Otrzymał swoje zaszczytne imię nie bez powodu.

Po pierwsze - powąchałem go, gdy był jeszcze w słoiku, ledwo kilka godzin po zalaniu. Ta woń! Normalnie: siarka przy tym to perfuma, prawie przeżarło mi nos... - że posłużę się wszystkim dobrze znanym, filmowym cytatem...

Męski, zdecydowany, bezkompromisowy. Z całą pewnością nie ma nic wspólnego z kobyłą. Ani z moczem. Więc cóż..?

Pozostaje tylko jedno wolne określenie, skoro od "Moczu Kobyły" wychodzimy: ejakulat.

Ale czyj..? Ogiera - byłoby banalnie. Że jednak powstał na komponentach wywodzących się z Dalekiego Wschodu, odpowiedź jest oczywista.

Panie i Panowie, przedstawiam Wam Ejakulat Smoka:


Wygląda niewinnie - ale nie dajcie się zwieść!

Wyczekałem cierpliwie tydzień od chwili, gdy po raz pierwszy uraczyłem nim nozdrza do momentu, gdy wziąłem go do ust i połknąłem. Nie zapominając, aby pierwej - dobrze go zmrozić!

Dzięki temu woń straciła znacznie na swojej bezkompromisowej męskości. I dobrze. Woń ta w stanie niezmrożonym ma niewątpliwie silnie działanie rzeźwiące, jak ongiś "sole rzeźwiące" podawane mdlejącej grafini - ale przecież racząc się alkoholem, raczej pragniemy się zamroczyć, niż orzeźwić, n'est pas?

Tedy działanie rzeźwiące nie należy do efektów oczekiwanych i pożądanych. Aby go uniknąć, Ejakulat Smoka należy podawać w temperaturze nie wyższej niż 5 stopni Celsjusza. Wówczas jest praktycznie bezwonny (ledwo zauważalna nutka drożdżowo - chlebowa powiedziałbym: Lepszej Połowie i to przeszkadza bo nie da się ukryć, że w porównaniu do "Moczu Kobyły", ogólny efekt zapachowy jest w tym stanie - nikły...).

O dziwo - prawie nie ma też smaku na początku, na wargach i języku. Smak: bogaty, zawiesisty, zdecydowany, przemożny - ciągnie się za nim dopiero od tylnej części języka przez gardło, aż do przełyku. Zaiste - nie piłem jeszcze bordeaux, które miałoby tak bogaty "ogon"! To już nie jest "ogon" byle galijskiego kogutka! To "ogon" rajskiego ptaka. Pawia!

Jak widzicie, Ejakulat Smoka, ma też dobroczynne działanie jak chodzi o krasomóstwo. A że, zgodnie ze staropolskim przysłowiem: kot powinien być łowny, a chłop mowny - pozostaje mi tylko ze szczerego serca polecić Państwu spróbowanie!

Gdzie..? A tego oczywiście nie wiem. Przecież, jak wszyscy dobrze wiemy, dostałem tę butelkę od ludzi, których wcale nie znam i o których nic kompletnie nie potrafię powiedzieć...

Z czego go zrobili? Nie wiem. A jak bym nawet i wiedział - nie powiem..!

Sami natomiast rozlaliśmy dziś iście Kwiatową Słodycz:


Czyli - kolejną odsłonę naszego ubiegłorocznego hitu, wina z kwiatów czarnego bzu. Bardzo pięknie, intensywnie kwiatowo pachnie.

Na razie jest do obrzydliwości wręcz słodkie - ta słodycz aż szczypie w usta!

Lepsza Połowa uważa, że tak mu już zostanie i będziemy to musieli rozdać, albo co najwyżej zażywać w aptekarskich daweczkach do gorzkiej herbaty.

Ja tam nic nie mówię - co się będę z kobietą kłócił..? Przecież i tak nie przekonam, ona zawsze swoje wie...

Ale - rok temu też najpierw było słodkie, mdłe i niedobre! Teraz nie jest mdłe (i tu pewnie Lepsza Połowa ma rację: użyliśmy bardziej dojrzałych kwiatów - to i efekt lepszy...). Ale nie ma najmniejszego powodu przypuszczać, że z biegiem czasu nie stanie się z nim to samo, co się z tamtym stało: zajdzie w butelkach wtórna fermentacja i z obrzydliwie słodkiego zrobi się półsłodkie, za to - musujące...

Trzeba mu tylko dać czas. Nie zamierzam do tych butelek zaglądać wcześniej jak późną jesienią - albo i na wiosnę przyszłego roku!

Kłopot w tym tylko, że dalszą działalność winiarską przyjdzie nam na razie czasowo zawiesić.

Nie dlatego, że nam baniaków brakuje - mamy więcej niż potrzeba.

Nie dlatego, że nie mamy drożdży: czekają grzecznie w szufladzie, przygotowane.

Nie dlatego nawet, że wiosenne przymrozki zaszkodziły wszystkim okolicznym mirabelkom, a i innych dzikich owoców, których zawsze używaliśmy nie ma zbyt wiele. Jakoś byśmy sobie z tym poradzili!

Powód jest bardziej trywialny: skończyły się nam... butelki!

Tego na przykład płynu:


(a nie jest to ani Mocz Kobyły, ani Ejakulat Smoka, tylko zupełnie inny, nowy produkt)

na razie nie mamy do czego rozlać...

poniedziałek, 7 lipca 2014

BHP w bimbrownictwie: upały a przechowywanie alkoholi

Trudno tak do końca powiedzieć, co zawiniło. Temperatura, która na strychu spokojnie może i 60 stopni Celsjusza przekraczać w takie dni jak wczoraj - czy jakieś wady szkła? Nikt w każdym razie tego 5-litrowego baniaczka nie tłukł, ani nim nie rzucał. Rozpadł się na drobne kawałeczki, włącznie z tym, że i denko, które było najbardziej masywnym elementem - też było w kilku częściach! Właśnie tak, jakby go coś od środka rozsadziło.
 
Skłonny jestem mniemać, że to jednak temperatura. Zbyt wiele alkoholu naraz przeszło w stan lotny - i szkło puściło...
 
Przy tym wcale to nie był żaden alkohol wysokoprocentowy! Mógł mieć góra 20%. Tyle, co mocne wino. A może nawet i to nie.
 
Dlaczego zatem nie popękały najpierw flaszki ze spirytusem..? Może to kwestia objętości? To był z pewnością największy, szczelnie, "pod korek" wypełniony pojemnik, jaki w tym momencie znajdował się na strychu.
 
Tak, czy inaczej - potwierdza się, co wszyscy i tak wiedzą, że alkohole lepiej przechowywać w niskich temperaturach, niż w wysokich.
 
Powinienem sobie chyba wykopać ziemiankę:
 
 
Co, prawdę powiedziawszy, już od jakiegoś czasu planowałem. A że właśnie sprawdziłem, iż przysługuje mi w tym roku jeszcze 24 dni urlopu...