Blog główny

czwartek, 25 grudnia 2014

Klasyka, czyli czeremcha 2014

Kolor jak zwykle ognisty:


I, jak zwykle, na kolorze - NA RAZIE - zalety tego wina się kończą. Sądzimy, że potrzebuje jeszcze co najmniej pół roku, żeby dojrzało. Na razie to tylko z lekka przefermentowany, wciąż słodki soczek.

No cóż: wygląda na to, że rok nie sprzyjał fermentacji win, bo jak na razie w tym sezonie żadnej rewelacji wytworzyć się nam nie udało. Dlatego wszystkie wciąż pracujący balony włożyłem dzisiaj na strych (nieźle się przy tym spociwszy: tym bardziej, że wcześniej usunąłem skutki tygodniowej niemal wichury w postaci 12 przewróconych słupków ogrodzeniowych Wielkiego Padoku do powtórnego wkopania). Balonu z czeremchą włożyć się nie dało, bo jest za wielki i nie przechodzi przez drzwiczki. Trzeba go zatem było rozlać. Wyszło 16 litrów:


Pozostaje żywić nadzieję, że będzie kontynuowało fermentację w butelkach. I na wiosnę będziemy mieli 16 litrów musującego wina z czeremchy...

sobota, 22 listopada 2014

Rady dla początkujących, cz. 1 - sprzęt

Istnieją dwa zasadnicze typy urządzeń do destylacji. 

Pierwsza to destylator, by tak rzec, "klasyczny", bo jak chodzi o zasadę działania, a czasami też i budowę, identyczny z pierwszymi alembikami w których arabscy farmaceuci ekstrahowali "ducha wina" gdzieś w słonecznej Hiszpanii. Taki alembik zawsze składa się z dwóch części:
- zbiornika, w którym podgrzewany jest płyn,
- chłodnicy, w której skraplają się opary.

Może to wyglądać na przykład tak:
W kociołku po prawej gotuje się płyn (ściślej rzecz biorąc, to on NIE powinien się zagotować: destylacja polega na tym właśnie, że alkohol wrze w niższej temperaturze niż woda, więc nim woda zdąży się zagotować - większość alkoholu powinna już być w butelce...). Gorąca para przez rurkę dostaje się do chłodnicy po lewej stronie. Szczegółów nie widać, ale mam wrażenie, że w środku jest ślimacznica z takiej samej, miedzianej rury, zanurzona w wodzie (woda może być bieżąca -  tak jest najefektywniej - albo nie: wtedy trzeba co jakiś czas spuszczać jej trochę i dolewać zimnej, żeby chłodnica nie traciła efektywności).

Może też wygląda tak:


Sądząc po okablowaniu, ten keg ma wręcz wbudowaną grzałkę elektryczną. Starczy tylko podłączyć do kontaktu, rurkę dolotową założyć na kran z zimną wodą, wylotową włożyć do zlewu - i można detylować w... akademiku na ten przykład!

Istotne jest, że w alembiku płyn poddawany jest destylacji JEDEN RAZ: raz przechodzi w stan gazowy i raz się skrapla.

A to oznacza, że jeśli chcemy uzyskać stężenie wyższe niż ok. 70% alkoholu (przy czym alkohol 70-procentowy to będzie z takiego urządzenia leciał tylko na samym początku - potem, im dłużej się gotuje, tym stężenie produktu niższe). Albo, jeśli chcemy uzyskać produkt czystszy w sensie mniejszej ilości domieszek innych niż woda (np.: niepożądanych woni...). To wtedy musimy uzyskany produkt przedestylować powtórnie.

Za drugim razem ludzie, których nigdy nie widziałem i których z pewnością nie rozpoznam, potrafią uzyskać 85% alkoholu. Podobno są tacy, którym starcza cierpliwości nawet i na trzecią destylację - ale to już naprawdę wymaga dużego samozaparcia i wielkiej ilości wolnego czasu...

Żeby ten proces skrócić - ludzie wymyślili zupełnie nowy rodzaj urządzenia. Kolumnę rektyfikacyjną:


Ta znowu - ze sklepu, który z łatwością znajdziecie po napisach (z czego absolutnie nie wynika, że polecam ten właśnie - obrzydliwie wręcz drogi - produkt! Lepiej wpiszcie sobie hasło "kolumna rektyfikacyjna" na Allegro...) jest nie tylko zelektryfikowana, ale wręcz elektroniczna. Przy czym ta elektronika jest naprawdę mało istotnym dodatkiem. Zwykły termometr, pokrętła i odrobina doświadczenia, a efekt finalny będzie równie dobry: 95% spirytus...

Jak to się robi? Ano - wewnątrz kolumny są przegrody. Różne. To mogą być zwykłe zmywaki kuchenne. Szklany wsad. Tzw. "zimne palce", czyli rurki, przez które przepływa woda.

Istotne jest, że wznosząca się para najpierw skrapla się na pierwszej takiej przeszkodzie. Podgrzana przez napływające z dołu ciepło - paruje ponownie. I skrapla się na następnej. I tak dalej, i tak dalej - wiele razy.

Kolumny rektyfikacyjne, oczywiście stałe, a nie przenośne, używane są w gorzelniach. Przynajmniej w tych produkujących wódkę. Uzyskany spirytus dopiero potem rozcieńcza się do 40%. Dodając też ewentualne dodatki smakowe lub zapachowe. Co jest, w pewnym sensie - oszustwem. I co pozwala uzyskiwać dostatecznie dobry jakościowo produkt z naprawdę kiepskiego materiału wyjściowego. Na przykład - z zepsutych kartofli...

Podobno gorzelnie produkujące whisky wciąż używają "klasycznych" alembików, destylujących tylko raz - a to po to, aby zachować smak i zapach słodu użytego do fermentacji. Ale czy tak jest naprawdę..?

Obawiam się, że zaprawienie spirytusu wodą oraz "aromatem identycznym z naturalnym" będzie w każdym przypadku tańsze, jeśli robić to na masową skalę...

Do użytku domowego, mimo wszystko - lepszy wydaje się alembik. Przecież nie pędzimy - dla siebie - bimbru z zepsutych kartofli, prawda..?

Aczkolwiek kolumny rektyfikacyjne, jak łatwo się zorientować na Allegro, zyskują na popularności. Ludzie których nie znam i z całą pewnością nie rozpoznam w miejscu, do którego na pewno nie trafię - też planują zakup takiego urządzenia. Na wiosnę.

niedziela, 16 listopada 2014

Jesień bimbrowników

Ciężkie jest życie bimbrownika! Czy letni gorąc, czy chłody jesieni, wędzi się biedny bimbrownik w dymie ogniska, poci w upale lub marznie na przemian - a wszystko po to byś, Miły Czytelniku, liczyć mógł na chwilę radości w tym szarym, pospolitym życiu...

W związku z czym, klasyka gatunku:



Poza tym, dobra rada płynąca ze (smutnego, niestety...) doświadczenia: jabłka do nastawu jabłkowego jednak lepiej jest pokroić... Całkiem niezależnie od tego, co pisze producent drożdży na opakowaniu!

sobota, 25 października 2014

Drożdże i mróz

Pewien człowiek, którego kompletnie nie znam, w miejscu, do którego nigdy bym nie trafił, zdjął dziś około południa z przykrywek swoich kadzi z nastawami takie oto lodowe tafle:




Drożdże w nastawach pracują. Tylko na powierzchni dwóch najstarszych szum zaczął się klarować. Stojące po sąsiedzku wina wytrwale puszczają bąbelki rurkami...

piątek, 10 października 2014

Nic już nie rozumiem...

W miejscu, o którym nic nie wiem i którego z całą pewnością nie byłbym w stanie nikomu (a zwłaszcza organom kontroli skarbowej...) wskazać, spotkałem się z takim oto widokiem.

Odcedzony trzy dni wcześmiej nastaw jabłkowy, który fermentował sobie w spokoju ducha przez miesiąc (!) pokrył się grubym kożuchem drożdżowym:


zgoła bardziej niż jego różniący się ledwo tygodniem stażu, a wciąż jeszcze NIE odcedzony kolega:


a jednocześnie cukrówka nastawiona tydzień temu wygląda tak, jakby zapomniano do niej drożdży dosypać:


O co tu chodzi?

Nic już z tego nie rozumiem...


Tak więc potwierdza się przypuszczenie, zgodnie z którym połączenie drożdży do nastawu owocowego (z enzymami) i plastikowej beczki (mimo, że jest to beczka przeznaczona do produktów spożywczych) nie jest dobrym rozwiązaniem.

Wydaje się, że istnieją trzy możliwe rozwiązania zastępcze.

1. Można się szarpnąć na profesjonalny pojemnik (jedyne cztery stówki od takiego jak niżej - 50-litrowego):


2. Można wszystko co owocowe fermentować w szkle (będzie problem z zapewnieniem dostatecznej objętości... - no i w czym w takim razie robić wina..?).

3. Można poszukać tańszego rozwiązania zastępczego. W grę wchodzi albo zakup starej beczki dębowej (nawet zupełnie przypadkowo już taką w Radomiu wypatrzyłem przez Allegro i tablicę.pl), albo też - użycie jednego lub kilku wiader do mleka. Takich 25 - 30 - litrowych. Trochę małe, ale i tak lepsze to, niż szklane kamiony... Lepsza Połowa podpowiada jeszcze zakup emaliowanej wanny. Co byłoby rozwiązaniem radykalnym - pozostaje tylko pytanie, czym to przykryć, żeby potencjalnie niekorzystne warunki atmosferyczne przetrwało..?

środa, 8 października 2014

Zapach acetonu w destylatach owocowych: wina plastikowej beczki..?

Trzy kolejne destylaty owocowe, które miałem przyjemność kosztować (naturalnie, nie mam bladego pojęcia skąd się wzięły i kto je zrobił...): z pomidorów i dwukrotnie z mirabelek - jadą acetonem.


Tymczasem takiej domieszki zapachowej nie miał do tej pory żaden z testowanych destylatów cukrowych.

Drożdże gorzelnicze do nastawów owocowych mają domieszkę enzymów - po to, aby mogły sobie poradzić z pektynami czy celulozą w skórkach owoców. Czyżby te enzymy były zdolne także rozpuszczać ścianki plastikowej beczki (jak najbardziej przeznaczonej do produktów spożywczych)?

Destylat z jabłek rozstrzygnie ten dylemat. Jeśli i on będzie miał taki zapaszek, to cóż - trzeba albo zmienić drożdże, albo... beczkę..?

Tylko skąd w dzisiejszych czasach wziąć taką na przykład beczkę:


i czy enzymy z zestawu drożdżowego nie zaczną aby reagować z drewnem - produkując w efekcie alkohol metylowy dla odmiany..?

czwartek, 28 sierpnia 2014

Wino zastępcze "na winie"

Rozlaliśmy wreszcie dziś do butelek wino, które trzymaliśmy najdłużej jak do tej pory w tym roku - od pory kwitnienia mleczy. Wino zastępcze, bo tak naprawdę tośmy chcieli nastawić (podobnie jak w zeszłym roku) wino z kwiatów mniszka właśnie. Ale się nam to nie udało: wywar z kwiatów, rodzynek, cytryn i cukru spleśniał nim drożdże poczęły pracować w "matce".

Coś trzeba było z tymi pracującymi już drożdżami zrobić, to wlałem i wrzuciłem w baniak co było pod ręką: resztkę zeszłorocznych mrożonych jeżyn i resztkę zagęszczonego, naturalnego soku jabłkowego.

Po dwóch miesiącach było to niepijalne - tak słodkie i mdłe. Odcedziliśmy tedy jeżyny, przelewając całość do innej butli, dodałem nieco cukru i dużo wody - i odstawiliśmy, chwilowo o tym przykrym epizodzie zapominając.

Ale teraz baniak potrzebny. Trzeba to było wreszcie rozlać. Dalej słodkie, choć może nie aż tak (ale czy ja pamiętam..?). No cóż.

Kolor - jak widać:


krew dziewicza na bardzo spranym prześcieradle - czyli tak nie do końca zdecydowany powiedziałbym.

Inna rzecz, że słońca nie było - front burzowy właśnie na nas szedł. W słońcu może by się lepiej zaprezentowało.

Będzie do rozdawania wśród sąsiadów. Sąsiedzi lubią słodkie winka. Ale za następne - muszę się lepiej zabrać. Ileż może być porażek w jednym sezonie..?

sobota, 9 sierpnia 2014

Jałowcówka domowej roboty

Uzyskana w najprostszy możliwy sposób. W 70-cio procentowym roztworze wodnym C2H5OH (taki mądry jestem, bo kupiłem sobie tydzień temu alkoholomierz...) przez tydzień moczyły się jagody jałowca.


Kolor - jak widać. Zapach: skoro koleżance z pracy, raczej niepijącej, podobał się na tyle, iż określiła go słowami "nie czuć jakby to było coś mocnego". Smak: doświadczony (życiowo) kolega z pracy nie narzekał - acz zastrzegł, że pełnego kieliszka naraz nie dałby rady połknąć. Potrzeba więcej rekomendacji..?

Pierwszy raz udało mi się zbilansować "przód" z "ogonem" - i do tego zapewnić naprawdę fajną woń trunku. Wprawiam się!

niedziela, 27 lipca 2014

Ejakulat Smoka, Kwiatowa Słodycz i klęska urodzaju...

Płyn ten otrzymał swoje zaszczytne imię nim zdążyłem go po raz pierwszy spróbować (a zaraz spróbuję go po raz drugi - Lepsza Połowa sięga właśnie do zamrażarki i nalewa... Mmmm.... Dobre!).

Otrzymał swoje zaszczytne imię nie bez powodu.

Po pierwsze - powąchałem go, gdy był jeszcze w słoiku, ledwo kilka godzin po zalaniu. Ta woń! Normalnie: siarka przy tym to perfuma, prawie przeżarło mi nos... - że posłużę się wszystkim dobrze znanym, filmowym cytatem...

Męski, zdecydowany, bezkompromisowy. Z całą pewnością nie ma nic wspólnego z kobyłą. Ani z moczem. Więc cóż..?

Pozostaje tylko jedno wolne określenie, skoro od "Moczu Kobyły" wychodzimy: ejakulat.

Ale czyj..? Ogiera - byłoby banalnie. Że jednak powstał na komponentach wywodzących się z Dalekiego Wschodu, odpowiedź jest oczywista.

Panie i Panowie, przedstawiam Wam Ejakulat Smoka:


Wygląda niewinnie - ale nie dajcie się zwieść!

Wyczekałem cierpliwie tydzień od chwili, gdy po raz pierwszy uraczyłem nim nozdrza do momentu, gdy wziąłem go do ust i połknąłem. Nie zapominając, aby pierwej - dobrze go zmrozić!

Dzięki temu woń straciła znacznie na swojej bezkompromisowej męskości. I dobrze. Woń ta w stanie niezmrożonym ma niewątpliwie silnie działanie rzeźwiące, jak ongiś "sole rzeźwiące" podawane mdlejącej grafini - ale przecież racząc się alkoholem, raczej pragniemy się zamroczyć, niż orzeźwić, n'est pas?

Tedy działanie rzeźwiące nie należy do efektów oczekiwanych i pożądanych. Aby go uniknąć, Ejakulat Smoka należy podawać w temperaturze nie wyższej niż 5 stopni Celsjusza. Wówczas jest praktycznie bezwonny (ledwo zauważalna nutka drożdżowo - chlebowa powiedziałbym: Lepszej Połowie i to przeszkadza bo nie da się ukryć, że w porównaniu do "Moczu Kobyły", ogólny efekt zapachowy jest w tym stanie - nikły...).

O dziwo - prawie nie ma też smaku na początku, na wargach i języku. Smak: bogaty, zawiesisty, zdecydowany, przemożny - ciągnie się za nim dopiero od tylnej części języka przez gardło, aż do przełyku. Zaiste - nie piłem jeszcze bordeaux, które miałoby tak bogaty "ogon"! To już nie jest "ogon" byle galijskiego kogutka! To "ogon" rajskiego ptaka. Pawia!

Jak widzicie, Ejakulat Smoka, ma też dobroczynne działanie jak chodzi o krasomóstwo. A że, zgodnie ze staropolskim przysłowiem: kot powinien być łowny, a chłop mowny - pozostaje mi tylko ze szczerego serca polecić Państwu spróbowanie!

Gdzie..? A tego oczywiście nie wiem. Przecież, jak wszyscy dobrze wiemy, dostałem tę butelkę od ludzi, których wcale nie znam i o których nic kompletnie nie potrafię powiedzieć...

Z czego go zrobili? Nie wiem. A jak bym nawet i wiedział - nie powiem..!

Sami natomiast rozlaliśmy dziś iście Kwiatową Słodycz:


Czyli - kolejną odsłonę naszego ubiegłorocznego hitu, wina z kwiatów czarnego bzu. Bardzo pięknie, intensywnie kwiatowo pachnie.

Na razie jest do obrzydliwości wręcz słodkie - ta słodycz aż szczypie w usta!

Lepsza Połowa uważa, że tak mu już zostanie i będziemy to musieli rozdać, albo co najwyżej zażywać w aptekarskich daweczkach do gorzkiej herbaty.

Ja tam nic nie mówię - co się będę z kobietą kłócił..? Przecież i tak nie przekonam, ona zawsze swoje wie...

Ale - rok temu też najpierw było słodkie, mdłe i niedobre! Teraz nie jest mdłe (i tu pewnie Lepsza Połowa ma rację: użyliśmy bardziej dojrzałych kwiatów - to i efekt lepszy...). Ale nie ma najmniejszego powodu przypuszczać, że z biegiem czasu nie stanie się z nim to samo, co się z tamtym stało: zajdzie w butelkach wtórna fermentacja i z obrzydliwie słodkiego zrobi się półsłodkie, za to - musujące...

Trzeba mu tylko dać czas. Nie zamierzam do tych butelek zaglądać wcześniej jak późną jesienią - albo i na wiosnę przyszłego roku!

Kłopot w tym tylko, że dalszą działalność winiarską przyjdzie nam na razie czasowo zawiesić.

Nie dlatego, że nam baniaków brakuje - mamy więcej niż potrzeba.

Nie dlatego, że nie mamy drożdży: czekają grzecznie w szufladzie, przygotowane.

Nie dlatego nawet, że wiosenne przymrozki zaszkodziły wszystkim okolicznym mirabelkom, a i innych dzikich owoców, których zawsze używaliśmy nie ma zbyt wiele. Jakoś byśmy sobie z tym poradzili!

Powód jest bardziej trywialny: skończyły się nam... butelki!

Tego na przykład płynu:


(a nie jest to ani Mocz Kobyły, ani Ejakulat Smoka, tylko zupełnie inny, nowy produkt)

na razie nie mamy do czego rozlać...

poniedziałek, 7 lipca 2014

BHP w bimbrownictwie: upały a przechowywanie alkoholi

Trudno tak do końca powiedzieć, co zawiniło. Temperatura, która na strychu spokojnie może i 60 stopni Celsjusza przekraczać w takie dni jak wczoraj - czy jakieś wady szkła? Nikt w każdym razie tego 5-litrowego baniaczka nie tłukł, ani nim nie rzucał. Rozpadł się na drobne kawałeczki, włącznie z tym, że i denko, które było najbardziej masywnym elementem - też było w kilku częściach! Właśnie tak, jakby go coś od środka rozsadziło.
 
Skłonny jestem mniemać, że to jednak temperatura. Zbyt wiele alkoholu naraz przeszło w stan lotny - i szkło puściło...
 
Przy tym wcale to nie był żaden alkohol wysokoprocentowy! Mógł mieć góra 20%. Tyle, co mocne wino. A może nawet i to nie.
 
Dlaczego zatem nie popękały najpierw flaszki ze spirytusem..? Może to kwestia objętości? To był z pewnością największy, szczelnie, "pod korek" wypełniony pojemnik, jaki w tym momencie znajdował się na strychu.
 
Tak, czy inaczej - potwierdza się, co wszyscy i tak wiedzą, że alkohole lepiej przechowywać w niskich temperaturach, niż w wysokich.
 
Powinienem sobie chyba wykopać ziemiankę:
 
 
Co, prawdę powiedziawszy, już od jakiegoś czasu planowałem. A że właśnie sprawdziłem, iż przysługuje mi w tym roku jeszcze 24 dni urlopu...

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Mocz kobyły

Pewni ludzie, których wcale nie znam i o których kompletnie nic nie potrafię powiedzieć, podarowali mi tę oto buteleczkę:


Jest to efekt moczenia przez dwie i pół doby 20 gram wiórków dębowych, średnio palonych (dodają takie jako gratis czasem przy zakupie drożdży gorzelniczych...) w pięciu litrach destylatu z nastawy cukrowej, traktowanej drożdżami C3 przez trzy tygodnie.

W słoju roztwór był niemal czarny. No - ciemnobrunatny. Przelany do butelki nabrał szlachetnej, bursztynowej barwy. Stąd nazwa: "Mocz kobyły". Zyskał także delikatny, waniliowy zapach i podobny, całkiem przyjemny posmak "z przodu", tj. na czubku języka i na wargach.

Niestety, brak mu - jak to mawiają winiarze - "ogona": po przełknięciu w gardle zostaje tylko żywy ogień z igiełkami nie do końca przyjemnej ostrości.

No ale - jakże ma być inaczej: alkoholomierza się nie dorobiłem, ale na moje 40-letnie gardło, to tak z 70 gradusów ma..?

W każdym razie zapach doceniła nawet Lepsza Połowa. A ona jest pod tym względem bardzo wybredna! Sukces. Normalnie - sukces..! Radujmy się więc, ihaha...

niedziela, 1 czerwca 2014

BHP w bimbrownictwie: opróżnianie odstojników

Pewni ludzie, których nie znam, opowiedzieli mi o zdarzeniu, które NIGDY NIE MIAŁO MIEJSCA. Na tyle jest jednak, mimo swego nieistnienia istotne, że warto Państwu, ku ogólnemu pożytkowi i przestrodze o nim opowiedzieć (pamiętając, rzecz jasna, że to zwykła bujda..!).

Otóż destylując takim mniej - więcej destylatorem:


co jakiś czas należy opróżniać oba odstojniki.

Najlepiej za każdym razem, gdy zmienia się zawartość kega.

Owi ludzie, których nie znam, z początku podchodzili do sprawy nader beztrosko. Gotowali sobie na ognisku, pod gołym niebem, więc za każdym razem, gdy z chłodnicy zaczynała już lecieć prawie czysta woda, po prostu otwierali odstojniki, odłączali szybkozłączkę z wodą i - włożywszy pierwej dość solidne, ogrodnicze rękawice, boż aparatura w takim momencie te 90 stopni Celsjusza ma, a keg może mieć i więcej - odkręcali to w całości, aby wylać zbędną resztę płynu, a w to miejsce nalać nową porcję nastawu - po czym wszystkie te operacje powtarzały się w odwrotnej kolejności tak, że odstojniki za każdym razem były otwierane w pierwszej kolejności, a zamykane jako ostatnie posunięcie poprzedzające rozpoczęcie gotowania.

Wydawało się to o tyle bezpieczne, że gorąca para wodna znajdowała sobie w ten sposób ujście w krytycznym momencie odkręcania. Ciśnienie w kegu nie jest wprawdzie wielkie, ale strzeżonego...

Wszystko było dobrze dopóty, dopóki nie przyszło przerobić większej ilości (ok. 15 litrów) stosunkowo słabego destylatu po raz drugi. Prawie 5 litrów o wiele bardziej procentowego płynu zeszło, zaczął już lecieć słabszy, ognisko dogasało, robiło się ciemno - pora kończyć, otwieramy odstojniki...

Płyn, który wylał się z nich na keg i dogasające ognisko pod nim okazał się na tyle wysokoprocentowy, że całość buchnęła jasnym, niebieskim płomieniem! Nic nikomu się nie stało, aparaturze też nie, ale zawsze...

No i tak sobie myślę: niemała sprawa to opróżnianie odstojników musi być. Osobliwie, gdyby ktoś gotował w pomieszczeniu zamkniętym.

No bo tak: z podobną beztroską postępować - okazuje się, że niebezpiecznie (przynajmniej, gdy się destyluje powtórnie...). Z kolei odkręcać z zamkniętymi odstojnikami - ciężkie, gorące i Bóg raczy wiedzieć, co zrobi para gwałtowniej uwolniona z kega niż w pierwszym przypadku. A i potem wylać to, gdy destylator nie ma już solidnej podstawy w postaci kega, do którego jest przykręcony - nie taka prosta sprawa. Lepiej nie myśleć, co by się stało, gdyby tak ktoś wylał to na siebie...

Zawsze powtarzałem, że działalność antypaństwowa to żadna przyjemność: urobi się człowiek po łokcie, nie dośpi, nie doje, garbu doczeka - a zamiast uznania współuciemiężonych, to się jeszcze może spodziewać konieczności składania fałszywych zeznań przed lekarzem - orzecznikiem ZUS!

A Państwo, mili Czytelnicy - jakie macie pomysły na rozwiązanie problemu opróżniania odstojników? Teoretyczne oczywiście - toż ani śmiem przypuszczać, że ktokolwiek spośród tutaj zaglądających śmie łamać ustawę karno - skarbową! Bajki sobie tylko opowiadamy, czas zabijamy za biurkami siedząc - nieprawdaż..?

niedziela, 25 maja 2014

Późnojesienne wino z jabłek i dzikiej róży

Było to pierwsze wino, które  nastawiłem w nowym baniaku, prezencie od Tomasza (nowego właściciela naszych ubiegłorocznych ogierków). Ponieważ nie udało mi się dobrać stosownego rozmiaru korka do jego szyjki, miałem poważne obawy, czy cokolwiek z tego w ogóle wyjdzie.

Około dwóch miesięcy temu pozbyłem się tych obaw: rozlaliśmy wtedy wino do mniejszych, 5-litrowych baniaków, na wtórną fermentację i odfiltrowanie osadu. W efekcie wyszło coś takiego:


Klarowne, jasne, o zdecydowanym, jabłkowym zapachu i mocno wytrawnym smaku, podszytym lekką goryczką dzikiej róży. Bardzo mocne. Nie schłodzone uderza do głowy momentalnie (wypróbowałem już wczoraj, o czym zaraz na blogu głównym opowiem...). Schłodzone daje się sączyć, ale sprowadza do parteru podstępnie i bezwzględnie.

Jestem z tego wina bardzo dumny. Zeszły rok był marny pod tym względem. To pierwsze od bardzo długiego czasu, które się nam naprawdę udało...