Blog główny

piątek, 12 czerwca 2015

Będzie wino...

albo i nie będzie - zobaczymy. Tymczasem przygotowałem tylko podstawowy substrat. Na wino z kwiatów czarnego bzu (ulubione wino moich sympatycznych koleżanek z pracy - nie to, żebym się w związku z jego ewentualnym szczęśliwym wyprodukowaniem i dalszą dystrybucją czegoś spodziewał, bo niby czego może się spodziewać taki nieużyteczny ramol jak ja, ale - co ja w sumie mam innego do roboty..?):


Na początek nazbierałem dużo baldachów czarnego bzu. Dokładnie nie liczyłem, ale dużo więcej niż zwykle podają w przepisach. Raz, że chcę zrobić tego wina nieco więcej w tym roku. Dwa, że na mojej farmie wszystkie istniejące i żywe krzaki czarnego bzu są jeszcze relatywnie młode i niewielkie. Ich baldachom też daleko do imponujących rozmiarów.

Oczywiście zbierając te baldachy (robiłem to w czwartek popołudniu, jak tylko poprawiła się pogoda po przejściowym ochłodzeniu i zachmurzeniu) spociłem się jak stary, pękaty knur. Tudzież - oblazły mnie mszyce i mrówki. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu mszyc (a w konsekwencji również i mrówek) na czarnym bzie co w tym roku. Czyżby był wyjątkowo słodki..? Za wcześnie próbować...

Do sporej kopy baldachów na dnie beczki wkroiłem cztery cytryny i wsypałem cztery kilogramy cukru, które rozpuściłem w letniej wodzie. Na to wylałem matkę drożdżową na drożdżach "Sherry" (zwykle takich właśnie do tego wina używamy). Do tej pory płyn podstawowy i matkę drożdżową przygotowywaliśmy równolegle, mieszając je dopiero w pojemniku fermentacyjnym.

Jednak:
a) robi się bardzo gorąco i syrop z pyłku kwiatowego, cukru i cytryn łatwo może zacząć zachodzić pleśnią - drożdże dodane już teraz powinny to nieco utrudniać,
b) tak wyczytałem w kilku, wcześniej mi nie znanych, internetowych przepisach,
c) matkę drożdżową nastawiłem w poniedziałek i do czwartku zaczęła już się pienić - nie było więc na co czekać.

Jak się okaże, że fermentacji to wczesne zmieszanie zaszkodziło, to mam jeszcze jedno opakowanie drożdży "Sherry" w zapasie, najwyżej dołożę...

Najwcześniej w niedzielę będzie to można odcedzić i przelać do kamiona. A czy się uda..? Pojęcia nie mam. Tak prawdę powiedziawszy, to te bardziej skomplikowane wina w zasadzie robiła raczej Lepsza Połowa do tej pory...

niedziela, 7 czerwca 2015

Kwaśno i wytrawnie, czyli nie ma tego złego...

Nastaw na jabłkach stał zbyt długo (od... września zeszłego roku..? czy od października..?) i jabłka były za słabo rozdrobnione - wyszedł ocet. Przyda się, jak nie w kuchni, to do czyszczenia. Dwukrotnie destylowany i dodatkowo filtrowany przez gazę (bo już destylując się, wyczyścił też aparaturę, przez co z farfoclami leciał):


A to czerwone obok? To czerwone obok to efekt ograniczeń stosowalności rurki do odciągania wina, którą tak się zachwycałem w poprzednim odcinku. Tej butelki wina z jeżyn (szóstej dokładnie...) już mi się napełnić nie udało, bo się rurka jeżynami zatkała. Co chyba nawet widać, bo jakiś paproch pływa (ale nie przesadzajmy, przecież to tylko wino owocowe, ma prawo..!). Trzeba jednak tradycyjnie, przez lejek wyłożony gazą.

Czyli - trudno i darmo: ktoś mi musi w rozlaniu tego wina pomóc..! Anybody here..?

Wino jest, uwaga uwaga - wytrwane. No - półwytrawne. Czyli jednak nie wszędzie dosypałem za dużo cukru. A i długie stanie (od sierpnia..? od września zeszłego roku..?) bynajmniej mu nie zaszkodziło...

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...

Jak się trochę pozbieram - biorę się za przygotowywanie wina z kwiatów czarnego bzu. Pierwszy raz będę to robił całkiem sam. Czy dam radę..? Przekonamy się za jakieś pół roku. Może trochę dłużej.

czwartek, 4 czerwca 2015

Rurka do odciągania wina - hit!

Nie miałem pojęcia, że rozlewanie wina może być zajęciem tak lekkim, łatwym i przyjemnym:


Zdecydowanie polecam. I głupi byłem, że wcześniej na pomysł wykorzystania tego sprzętu nie wpadłem.

Tym niemniej, rozlałem wczoraj i tak tylko jedno wino - z owoców czarnego bzu. Zostały do rozlania jeszcze dwa. Nie jestem pewien, czy wystarczy mi butelek, a poza tym - tak było duszno, że nawet siedząc i przestawiając butelki spociłem się jak szczur.

Wino wyszło... zbyt słodkie. Nie mam pojęcia o co tu chodzi. Czemu tak dużo cukru w zeszłym roku sypałem..?

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Zestaw upominkowy "zrób to sam".

W naszym pięknym kraju wszystko można kupić. Nie tylko polityków, ustawy i święty spokój - ale też taki piękny i praktyczny zestaw upominkowy:


Tylko zawartość trzeba sobie samemu zrobić. Oczywiście - można po prostu nalać wody. Demineralizowanej..?

czwartek, 25 grudnia 2014

Klasyka, czyli czeremcha 2014

Kolor jak zwykle ognisty:


I, jak zwykle, na kolorze - NA RAZIE - zalety tego wina się kończą. Sądzimy, że potrzebuje jeszcze co najmniej pół roku, żeby dojrzało. Na razie to tylko z lekka przefermentowany, wciąż słodki soczek.

No cóż: wygląda na to, że rok nie sprzyjał fermentacji win, bo jak na razie w tym sezonie żadnej rewelacji wytworzyć się nam nie udało. Dlatego wszystkie wciąż pracujący balony włożyłem dzisiaj na strych (nieźle się przy tym spociwszy: tym bardziej, że wcześniej usunąłem skutki tygodniowej niemal wichury w postaci 12 przewróconych słupków ogrodzeniowych Wielkiego Padoku do powtórnego wkopania). Balonu z czeremchą włożyć się nie dało, bo jest za wielki i nie przechodzi przez drzwiczki. Trzeba go zatem było rozlać. Wyszło 16 litrów:


Pozostaje żywić nadzieję, że będzie kontynuowało fermentację w butelkach. I na wiosnę będziemy mieli 16 litrów musującego wina z czeremchy...

sobota, 22 listopada 2014

Rady dla początkujących, cz. 1 - sprzęt

Istnieją dwa zasadnicze typy urządzeń do destylacji. 

Pierwsza to destylator, by tak rzec, "klasyczny", bo jak chodzi o zasadę działania, a czasami też i budowę, identyczny z pierwszymi alembikami w których arabscy farmaceuci ekstrahowali "ducha wina" gdzieś w słonecznej Hiszpanii. Taki alembik zawsze składa się z dwóch części:
- zbiornika, w którym podgrzewany jest płyn,
- chłodnicy, w której skraplają się opary.

Może to wyglądać na przykład tak:
W kociołku po prawej gotuje się płyn (ściślej rzecz biorąc, to on NIE powinien się zagotować: destylacja polega na tym właśnie, że alkohol wrze w niższej temperaturze niż woda, więc nim woda zdąży się zagotować - większość alkoholu powinna już być w butelce...). Gorąca para przez rurkę dostaje się do chłodnicy po lewej stronie. Szczegółów nie widać, ale mam wrażenie, że w środku jest ślimacznica z takiej samej, miedzianej rury, zanurzona w wodzie (woda może być bieżąca -  tak jest najefektywniej - albo nie: wtedy trzeba co jakiś czas spuszczać jej trochę i dolewać zimnej, żeby chłodnica nie traciła efektywności).

Może też wygląda tak:


Sądząc po okablowaniu, ten keg ma wręcz wbudowaną grzałkę elektryczną. Starczy tylko podłączyć do kontaktu, rurkę dolotową założyć na kran z zimną wodą, wylotową włożyć do zlewu - i można detylować w... akademiku na ten przykład!

Istotne jest, że w alembiku płyn poddawany jest destylacji JEDEN RAZ: raz przechodzi w stan gazowy i raz się skrapla.

A to oznacza, że jeśli chcemy uzyskać stężenie wyższe niż ok. 70% alkoholu (przy czym alkohol 70-procentowy to będzie z takiego urządzenia leciał tylko na samym początku - potem, im dłużej się gotuje, tym stężenie produktu niższe). Albo, jeśli chcemy uzyskać produkt czystszy w sensie mniejszej ilości domieszek innych niż woda (np.: niepożądanych woni...). To wtedy musimy uzyskany produkt przedestylować powtórnie.

Za drugim razem ludzie, których nigdy nie widziałem i których z pewnością nie rozpoznam, potrafią uzyskać 85% alkoholu. Podobno są tacy, którym starcza cierpliwości nawet i na trzecią destylację - ale to już naprawdę wymaga dużego samozaparcia i wielkiej ilości wolnego czasu...

Żeby ten proces skrócić - ludzie wymyślili zupełnie nowy rodzaj urządzenia. Kolumnę rektyfikacyjną:


Ta znowu - ze sklepu, który z łatwością znajdziecie po napisach (z czego absolutnie nie wynika, że polecam ten właśnie - obrzydliwie wręcz drogi - produkt! Lepiej wpiszcie sobie hasło "kolumna rektyfikacyjna" na Allegro...) jest nie tylko zelektryfikowana, ale wręcz elektroniczna. Przy czym ta elektronika jest naprawdę mało istotnym dodatkiem. Zwykły termometr, pokrętła i odrobina doświadczenia, a efekt finalny będzie równie dobry: 95% spirytus...

Jak to się robi? Ano - wewnątrz kolumny są przegrody. Różne. To mogą być zwykłe zmywaki kuchenne. Szklany wsad. Tzw. "zimne palce", czyli rurki, przez które przepływa woda.

Istotne jest, że wznosząca się para najpierw skrapla się na pierwszej takiej przeszkodzie. Podgrzana przez napływające z dołu ciepło - paruje ponownie. I skrapla się na następnej. I tak dalej, i tak dalej - wiele razy.

Kolumny rektyfikacyjne, oczywiście stałe, a nie przenośne, używane są w gorzelniach. Przynajmniej w tych produkujących wódkę. Uzyskany spirytus dopiero potem rozcieńcza się do 40%. Dodając też ewentualne dodatki smakowe lub zapachowe. Co jest, w pewnym sensie - oszustwem. I co pozwala uzyskiwać dostatecznie dobry jakościowo produkt z naprawdę kiepskiego materiału wyjściowego. Na przykład - z zepsutych kartofli...

Podobno gorzelnie produkujące whisky wciąż używają "klasycznych" alembików, destylujących tylko raz - a to po to, aby zachować smak i zapach słodu użytego do fermentacji. Ale czy tak jest naprawdę..?

Obawiam się, że zaprawienie spirytusu wodą oraz "aromatem identycznym z naturalnym" będzie w każdym przypadku tańsze, jeśli robić to na masową skalę...

Do użytku domowego, mimo wszystko - lepszy wydaje się alembik. Przecież nie pędzimy - dla siebie - bimbru z zepsutych kartofli, prawda..?

Aczkolwiek kolumny rektyfikacyjne, jak łatwo się zorientować na Allegro, zyskują na popularności. Ludzie których nie znam i z całą pewnością nie rozpoznam w miejscu, do którego na pewno nie trafię - też planują zakup takiego urządzenia. Na wiosnę.