Blog główny

środa, 31 maja 2017

Tata blenduje, smaży i miesza, czyli - kuchnia do remontu!

I tylko wyjątkowej miłości Najlepszej z Żon zawdzięczać należy stwierdzenie: nic ci tak nie wychodzi, jak blendowanie - i dzieci. Cokolwiek byś zmieniał w swoim życiu - blenduj dalej!

Ale po kolei, po kolei:


"Wytrawne" placuszki z mąki z ciecierzycy, mąki pszennej, jajek i kaszy owsianej, które zrobiłem na śniadanie, w dniu rozpoczęcia porodu, kiedy okazało się, że spleśniała nam resztka chleba, którą mieliśmy.


I, w tym samym czasie zrobione, słodkie placuszki z powideł śliwkowych, jajek, mąki pszennej i siemienia lnianego - zabraliśmy je ze sobą do porodu i Żona żywiła się nimi z początku (częstując takoż położne i gości).


Kiedy wróciliśmy do domu, ugotowałem rosół na kości wołowej. Ponieważ pachniał nieźle, w pierwszym dniu spożywany był "na czysto", z makaronem. Drugiego dnia (w niedzielę), zblendowałem za to na bazie tego rosołu krem z marchewki (lekko obgotowanej, z dodatkiem podsmażonych warzyw, cebuli i czosnku) - jak widać: z przybraniem z kwaśnej śmietany, kopru i natki pietruszki (krew trzeba odbudowywać!).


Kremu zostało, więc w poniedziałek rano usmażyłem na jego bazie (z dodatkiem jajek i kaszy owsianej*) placuszki - tu: podane z pastą jajeczną (ale to nie była "moja" pasta jajeczna na ostro - żeby nie podrażniać żołądka - tylko wersja bardzo łagodna, gdzie oprócz jajek i oliwy z oliwek, użyłem głównie kopru i natki pietruszki...).


Na obiad w poniedziałek zblendowałem krem z soczewicy na bazie (rzeczonego powyżej) rosołu wołowego i podsmażanych (na boczku) warzyw - z przybraniem z boczku oraz kopru i natki pietruszki.


Na deser shake kamczacki. Mała miseczka jagód kamczackich świeżo zerwanych z krzaczków + śmietana + miód (ale marny był, dobry, z targu, właśnie się skończył, to trzeba poprawić) + kostki lodu.

Gdybym miał serek mascarpone i więcej owoców (najlepiej zamrożonych) - wyszłyby lody. Ale nie miałem...


Z ostatniej porcji rosołu, we wtorek, ugotowałem, a potem zblendowałem, krem z fasoli (z dodatkiem podsmażonych warzyw, w przybraniu z warzyw) - podany ze stekiem z antrykotu wołowego. No bo krew produkować trzeba, a co ma więcej żelaza niż wołowina..?


Idąc dalej tym samym tokiem myślenia, wczoraj zrobiłem na obiad ponownie steka - i podałem ze szparagami i pomidorami, pod sosem paprykowo - serowym.

Master Chefa nie wygram, kuchnia w chatce na szczęście maleńka, więc choć niewygodnie gotować, bo nie ma gdzie garnka położyć, to i do gruntownego sprzątania po każdym gotowaniu aż tak wiele metrażu nie ma - ale Żona czuje się w sumie nieźle, a córeczka w piątym dniu od urodzenia już odzyskała wagę urodzeniową, a co..!

niedziela, 23 kwietnia 2017

Kolacja drwala


czyli tatar + piwo.  Dla Najlepszej z Żon jak najbardziej - również. Ale było po czym!

Przesieka do (planowanej) stajni w jedno popołudnie - przebita:


poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Wielkanocne wino z owoców pigwowca

Na samym początku Najlepsza z Żon chciała owoce pigwowców, które obrodziły nam zeszłego roku bardzo obficie zaprawić z cukrem. Ale wszystkie - jak jeden! - słoiczki zaczęły pod pokrywkami muszować. Wrzuciliśmy więc to wszystko do kamionu w tej intencji, żeby zrobić pigwowy ocet.

Ale zamiast octu wyszło szlachetne barwą i godnym szczepu Chardonnay, klasycznie wytrawnym smakiem złoto - zielonkawe wino, prawdziwa ozdoba wielkanocnego stołu...


Lekko muszujące. Widać po bąbelkach w szyjce butelki - jak by się kto pytał. Dawno nie byłem tak szczęśliwy z powodu wina! Po prostu - wiosna na podniebieniu..!

Jak stwierdził ojciec Najlepszej z Żon: i tej działalności się trzymaj, córeczko..!

Ponieważ to kolejny raz, jak zamiast octu wyszło wino - śmiejemy się, że jeszcze deczko, a strach będzie Magdę posłać zatankować samochód. Silnik się zatrze. Skoro wszystko, czego się dotknie, zmienia się w wino..?

niedziela, 19 marca 2017

Agresywna kawa

"Zwykła" kawa, tyle że z kawiarki + kawa arabska z tygielka + (na dalszym planie) odrobinka "kawy" z żołędzi


+ miód gryczany

=


najbardziej agresywna kawa w znanej części Galaktyki..!

Po czymś takim nic tylko iść wstawiać "chamskie" komentarze na fejsie - a zwierzęta domowe drżą za szybą:


lub kulą się w poduszce...



niedziela, 26 lutego 2017

Zapusty 2017, czyli Drzyj Mordę..!

Hej! Zapustnicy, Zapustnice oraz liczne Zapuściątka zebrały się wczoraj w klubie "Karuzela" na studenckim Osiedlu Przyjaźń. Hej! Zaśpiewały:




Zgodnie z hasłem, zaimprowizowanym przez Pomysłodawcę, Organizatora i Wodzireja - Piotra Frankowskiego: "Drzyj Mordę..!" Piotr - gdyby ktoś z Państwa go nie znał - na zdjęciu powyżej, podając akompaniament i przewodząc pieniom.

Jakim pieniom..? Polskim (no, czasem z lekka ukraińskim...), ludowym, tradycyjnym, biesiadnym.

Poza tym: głośnym, chóralnym, z całych sił i z całej duszy..!

Oczywiście, żeby sił nie zabrakło, Zapustnicy i Zapustnice w przerwach między śpiewami posilały się jadłem i napitkiem:



Za czym nastąpiło clou programu, czyli - nauka tańca:








Chodziło o taniec do "Czerwonego Jabłuszka"


Udało się nam go opanować, jak sądzimy - wcale nieźle.

Z klapokiem:


nie poszło tak łatwo - generalnie, o ile większości udało się opanować choreografię w parach, o tyle wykonania całości jużeśmy się nie podjęli:









No cóż - następnym razem..!

Głęboko wierzymy, że będzie następny raz. Bardzo się nam podobało. Jedyne, co nie do końca dopisało, to publiczność. Ale tak bywa na imprezach organizowanych po raz pierwszy. W dodatku - w... trzy tygodnie..!

Najmłodsze Zapuściątko, bawiło się wyśmienicie w brzuchu swojej Mamy - i tak się wybawiło, że aż dało jej się wyspać do - ho, ho! - do pół do siódmej rano..! Zapuściątka nieco większe tańcowały dzielnie mimo, że nie wszystkie były w stanie robić to już samodzielnie:



Piotr chce podobne imprezy (oczywiście z motywem przewodnim stosownym do kalendarza) organizować cztery razy do roku. Zapusty są drugą z takich "kalendarzowych" imprez - po, tradycyjnych już, listopadowych Smętach (gdzie śpiewa się patriotycznie i żołniersko, ale nie tańczy). Jesteśmy ciekawi kolejnej imprezy...

niedziela, 22 stycznia 2017

Domowe lody malinowe z polewą czekoladową

Składniki:
- słuszna szklanka dobrze zmrożonych malin (z własnego ogródka najlepiej!), których ABSOLUTNIE nie należy rozmrażać;
- dwie słuszne łychy gęstej śmietany (absolutnie nie musi być słodka, ale "bałkańska" się też nie nada...);
- słuszna łycha miodu.

Wrzucamy wszystko do blendera, blendujemy - et voila!


 Polewę wykonała Najlepsza z Żon.

- 50 g margaryny;
- pół szklanki cukru;
- dwie słuszne łychy kakao;
- dwie słuszne łychy wody;
mieszać na wolnym ogniu aż zgęstnieje.

Co to ma wspólnego z bimbrownictwem? Nic. A co, musi mieć..?